środa, 4 grudnia 2013

Wyniki szkół albo drobne opendata :)

Jako że mój dzieciak idzie do szkoły za rok - żywotnie interesuje mnie, żeby poszedł do dobrej szkoły. Od iluś lat szkoły przeprowadzają testy dla szóstoklasistów -więc zebrałem się, ściągnąłem dane i oto są.

Nie było lekko - małopolskie OKE nie wystawia danych w postaci surowej - ale dzień roboty na wyciągnięcie ich z PDF i dodanie jakiejś prezentacji - i gotowe. Wykresy można pooglądać tutaj

poniedziałek, 25 listopada 2013

I po co mi mikrofala - czyli brownie w kubku?

Nienawidzę pracy z domu. No, prawie zawsze - na plus jest kawa - z Aeropressa lub z ekspresu, fajne światło (lubie pracować przy kuchennym stole który stoi w wykuszu przy południowym oknie) i to, że jak mi się fajne światło znudzi mogę przenieść się do gabinetu. Na minus - że zbyt dużo rzeczy mnie rozprasza i zbyt dużo jem. Być może będę musiał wykombinować jakiś zamek czasowy do lodówki.

Zwłaszcza teraz - kiedy odkryłem ciasto czekoladowe w kubku. W minutę. Ze składników, które zawsze mam. Bez brudzenia czegokolwiek więcej niż kubek i dwie łyżki. Całkiem zjadliwe. No nieprzyzwoite wręcz. Idealne na szybką przerwę na kawę przy pracy

No więc jedziemy - napadamy na lodówkę i szafkę i bierzemy po kolei:

  • Dwie łyżki masła - stopionego w mikrofali (najlepiej od razu w kubku)
  • Dwie łyżki mleka - albo wody
  • Trochę esencji waniliowej
  • Dwie łyżki cukru
  • Dwie łyżki kakao
  • Dwie łyżki mąki
  • Dwie szczypty proszku do pieczenia
Dwie, dwie, dwie... prościej być nie może. Po dodaniu każdego składnika mieszamy dokładnie - a po dodaniu ostatniego składnika wkładamy na dwie (żeby nie wypaść z rytmu) zdrowaśki do mikrofali - w moim przypadku wystarczy niecała minuta; jeśli ktoś ma słabszą - musi zdrowaśki odprawiać wolniej. 

Bierzemy w jedną rękę kawę, w drugą ciasto - i wracamy do dłubania przy komputerze :)

Pomidor to owoc, a sernik to budyń

czyli wyjaśniło się po co mi ten piekarnik parowy. Naszło mnie wczoraj na sernik - bo musiałem coś zrobić z pozostałym serem w lodówce i zbliżały się imieniny popapranej. Tradycyjny cheesecake nowojorski - spód z pokruszonych ciastek, masa z jajek i sera - zero filozofii póki co.

Filozofia zaczęła się dopiero potem - większość przepisów sugeruje pieczenie w kąpieli wodnej - w sumie nie wiem czy bain marie to poprawny termin. A że jestem leniwy i nie miałem pod ręką odpowiednio dużej blachy  (albo miałem za dużą tortownicę) nic pewnie by z tego nie wyszło gdyby nie wspomniany piekarnik.

Większość zaleceń dla serników nowojorskich czyli "bladych" to tak zwane low and slow - oprócz wspomnianej kąpieli wodnej sugeruje długie pieczenie w niskiej temperaturze. W teorii powinno wystarczyć poniżej 150 stopni - w tej temperaturze zaczyna działać reakcja Maillarda - czyli zaczyna się rumienić mięso, ciasto no i oczywiście sernik. No a długo - bo jednak pieczenie zbyt efektywne nie jest. Poza tym rośnie toto -  a potem opada no i oczywiście może popękać.

Sernikowi za wysoka temperatura niepotrzebna - w sytuacji gdy spodu nie ma po co podpiekać masa serowa to może nie do końca budyń - a krem jajeczny z dodatkiem sera. Gdyby ktoś nie wiedział - jajko ścina się finalnie i nieodwołalnie w 73 stopniach (bogiem a prawdą temperatury dla żółtka/białka sa nieco inne - ale o jajkach na pewno jeszcze będzie w którymś kolejnym wpisie). Nie udało mi się niestety znaleźć informacji jak dodatek sera wpływa na tą temperaturę i ile jajek potrzeba.

Spróbowałem więc testowo zjechać piekarnikiem jak najniżej - w moim przy pieczeniu parowym to całe 130 stopni w przypadku pieczenia na parze. W 140-150 stopniach przeważnie sernik piecze się godzinę, na tyle też ustawiłem timer. No i mocne zdziwienie - bo gdy zajrzałem kontrolnie do pieca po 30 minutach, było po sprawie. Sernik blady jak się patrzy - ale pięknie się zsiadł - po tych 30 minutach wyglądał jak dawniej po co najmniej godzinie. Przy studzeniu - też żadnych niespodzianek - zero pęknięć, minimalny opad. Konsystencja - perfekcyjna! Smak - wzorowy!

Jeśli tylko macie piekarnik (i tak jak ja, używacie go za rzadko) - zdecydowanie spróbujcie! U mnie na pewno przestawiam się na ten przepis do sernika - a w kolejce do testów czeka omlet i creme brulee - wydaje się to być wymarzonym sposobem na przyrządzenie tych przysmaków.

środa, 22 maja 2013

Krutkie(*) kazanie na temat przesiadki na Maka.

Trafiła się okazja potestować toto - więc ruszamy. Kolejne kilka postów to będzie mały dziennik tego jak przenoszę korporacyjne środowisko developerskie z Windows 7 na Maca. Jest tych rzeczy trochę, bo:


  1. Office (generalnie Outlook itp. bo działamy na serwerze Exchangowym).
  2. Eclipse + svn + git
  3. Oracle XE 
  4. Soft-phone Cisco
  5. Pewnie parę innych rzeczy.
Plus cała masa drobiazgów - zaczynając od podłączenia się do firmowej sieci. WPA2 z uwierzytelnianiem certyfikatami - okazuje się proste jak drut. Export pliku PFX z certyfikatami z Windowsa:

  1. Uruchamiamy *certmgr.msc*
  2. Zaznaczamy certyfikaty do wyeksportowania.
  3. Zapisujemy do pliku.
  4. Teraz kopiujemy (jak? u mnie przez dropboxa i hotspot w komórce) na Maka - i instalujemy - i voila!
Sieć nam działa - pora na pocztę (okazuje się również proste) - całe szczęście działa Auto Discovery na serwerze Exchange 

niedziela, 14 listopada 2010

Świeże mięso czyli strzeż się wegetarianina

Według kanadyjskich naukowców już samo patrzenie na mięso uspakaja. I co teraz zrobicie wegetarianie? Nynynynyny! Swoją drogą - fajne to, wygląda że badania zakładały jednak coś innego - mocno się pewnie zdziwili

Meshach writes "A study out of Canada claims that seeing meat actually calms a person down. From the article: 'Contrary to expectations, a McGill University researcher has discovered that seeing meat makes people significantly less aggressive. Frank Kachanoff, who studies evolution at the university’s department of psychology, had initially thought the presence of meat would provoke bloodlust, believing the response would have helped our primate ancestors hunt. But in fact, his research showed the reverse is true.'" I can see all the "Make Steak, Not War!" protest signs already.

A w tematyce świeżego mięsa - ruszyłem z oglądaniem "Walking Dead". Najbadziej hardcorowy serial póki co; właściwie to jedyny serial gore o jakim słyszałem. Wyobraźcie sobie "28 dni później" w formie serialu. Choć tak naprawdę jeszcze lepszym podsumowaniem jest wspomienie o serialu jako skrzyżowaniu filmu Boyle'a z Jerycho - katastrofa (na razie nie wiadomo co spowodowało epidemię), dezintegracja państwa itp. Mnie spodobał się bardzo - a mówi to gość, co za tematyką zombie nie przepada. Ale równie mocno jak sceny przemocy i wypruwane z ludzi ( i zwierząt, bo w pierwszym odcinku zombiaki rzucają się na konia) bebechami szokuje to co można zobaczyć - od pierwszej sceny, gdzie Rick, główny bohater, odstrzeliwuje może dziesięcioletnią dziewczynkę-zombie.

W sumie cały serial mógłby nazywać się "Sympathy for the dead" - zaszokowani nową rzeczywistością bohaterowie mają nieraz cholerne opory, żeby strzelić do zombie (choćby dlatego, bo może to być ich żona czy kolega z pracy); z drugiej strony odstrzał zombie to dla nich niejako wyzwolenie. Czasem zombie są makabryczno-śmieszni w swojej nieporadności,

A tytułowe "Chodzące trupy" to oczywiście zombie - ale z drugiej strony to również główni bohaterowie - nieliczni, nieprzygotowani na to co ich spotkało (kto byłby?) a przede wszystkim skłóceni ze sobą (warto dodać, że rzecz dzieje się na amerykańskim Południu - więc motywy rasowe można eksploatować, że hej). Niestety tyle w tym złego, że pierwszy sezon to jedynie 6 odcinków - ale w planach jest już drugi, dwunastoodcinkowy.

wtorek, 9 listopada 2010

iPad kontra Kindle

No właśnie - tym razem rzuciło mnie na zachód. I jak to bywa, dolar tani, kiedy znajomi się zwiedzieli, zaczęło się składanie zamówień (tradycyjnie elektronika użytkowa - sprzęt fotograficzny/video/elektronika). Tym razem z dziwnych rzeczy trafił się na przykład kilkukilogramowy mikrofon - oczywiście taka przesyłka w bagażu gwarantowała zainteresowanie ochrony na każdym lotnisku po kolei.

Zakupowym hitem były jednak Kindle - robi się to bardzo modne, nam zebrało się chyba pięciu czy więcej znajomych reflektujących na zakup. Jako że sam przywoziłem jednego - miałem okazję się trochę pobawić. I porównać - nie z technicznego punktu widzenia, a raczej patrząc z punktu "po co mi to".

Zastanawiałem się również, co przywieźć żonie - nie jestem znowu jakimś gadżeciarzem, nie jestem też fanboyem Apple - a mimo to iPad stał od początku dość wysoko na liście. W końcu zamówiłem takiego wychodząc z założenia, że w najgorszym wypadku opchnę go w kraju (z godziwym zyskiem, bo polski dystrybutor tradycyjnie zdziera).

Na początek Kindle - cholernie skromny, cholernie mały - szare, niepozorne pudełko wyglądające jak pseudokomputer dla sześciolatka (dzięki pełnej klawiaturze). W środku 3 GB pamięci, Wifi + 3G (darmowe i działające na całym świecie). Wrażenie zabawki zwiększa wyświetlacz, wyglądający mocno nierealnie (jak nie wyświetlacz a jakaś nalepka).

Kindle jest jak KFC - robi jedną rzecz i robi ją dobrze - udostępnia książki. Trochę większy od romansidła Harlequina - za to trochę lżejszy - mieści w sobie pewnie parę półek literatury. Rewelacyjnie czytelny niezależnie od otoczenia wyświetlacz, prosta obsługa sprowadzająca się głównie do przewracania książek - nie do przebicia.

Połączenie z Amazonem jest bajkowe - Apple niestety nie potrafi wyzwolić się spod dyktatury molocha o nazwie iTunes i kabla USB; aplikacje trzeba wgrywać albo przez AppStore - albo po USB. Kudy mu do Kindla!

Wystarczy tylko wejść na stronę Amazona, znaleźć co nas interesuje (pod warunkiem, że ma wersję na Kindle) - w większości przypadków dostępne są darmowe próbki - a następnie wysłać do tego, co mamy pod ręką (Kindla, iPada, PC). W przypadku pierwszego automagicznie ląduje to w czytniku, w pozostałych przypadkach - aktualizuje się kiedy uruchomimy aplikację. Jeśli trzeba zapłacić, pieniądze zejdą z naszej karty.

W momencie, kiedy próbujemy wyjść poza jego sweet spot nie jest to jednak tak wygodne - zaznaczanie tekstu kursorem jest średnio komfortowe, czytanie PDF-ów - nawet skonwertowanych przez Amazona (przy odbieraniu przez 3G doliczają lekkie opłaty). W moim przypadku kilka skonwertowanych PDF-ów trzeba było czytać w pozycji landscape - niestety tutaj przyciski przewijania są na górze i dole ekranu - nawet przy moich dużych dłoniach po paru stronach zaczynałem to czuć. Mamy też przeglądarkę - ale to również rozwiązanie awaryjne (renderuje bardzo przyzwoicie, jeśli nie liczyć dwóch kolorów - ale z mocnym opóźnieniem. )

iPad dla odmiany mimo prostej konstrukcji (mniej niż 10% przycisków z Kindla) jest kolorowo-błyskotkowy. Większy i cięższy (tak ze dwa razy), cukierkowo kolorowy. Z całą listą ograniczeń - od braku polskiej klawiatury, kamery i całej masy rzeczy sprzętowych, przez brak obsługi Flasha i Silverlighta (filmy z vod.onet.pl - mam pod ręką miłośnika Boba i Strażaka Sama) po Applowskie zamiłowanie do własnych rozwiązań i formatów czy głupi brak wbudowanego systemu plików.

Z drugiej strony i on ma swojego sweet spota - rewelacyjny wyświetlacz i ekran dotykowy, intuicyjna obsługa. Wprawdzie trochę trzeba poposiłkować się różnymi protezami (np. Dropboxem do przerzucania plików, zewnętrznymi czytnikami do pdf/ebooków -jak dla mnie Stanza i Kindle są znacznie lepsze od applowego iBooks -chyba że kogoś podnieca udawane 'przewracanie kartek'). Z mojego punktu widzenia nie zastąpi to zwykłego laptopa - a nawet netbooka - a mimo to zostawię go sobie.

Uwiodły mnie rewelacyjna (w warunkach domowych) przenośność urządzenia - leży na półce, włączam i w 2-3 sekundy mam np. otwarte Safari; sprawdzę coś i odkładam. Do tego dziesieciogodzinny czas życia baterii - mnie wystarczyło na trzy odcinki seriali, trochę grania, kilka godzin czytania książek - i zostało. Da się do tego korzysatć z niego trzymając w jednej ręce - spróbujcie tego z notebookiem! No i nie grzeje się wcale.

Jest jeszcze jedna rzecz nie do pogardzenia - pomijając gry znacznie łatwiej na Ipadzie jest po prostu wziąć i go wyłączyć (przynajmniej mnie). Wprawdzie żona siedzi już drugą godzinę przeglądając Allegro, dla mnie zaletą jest to, że de facto jestem odcięty od świata -standardowo nie działają komunikatory, a fakt że pracujemy z jedną aplikacją pomaga się skupić na tym, co akurat robimy (to coś, co zresztą bardzo mocno promują różni guru produktywności).

Mój werdykt - iPad zostaje; spodobał się i żonie i synkowi - temu drugiemu łatwo włączyć bajkę (nie, nie robimy tego za często), czy jakieś aplikacje do malowania, kolorowanki czy różne wesołe obrazki. Żeby nie było - Kindle też został przez żonę oceniony pozytywnie.

piątek, 5 listopada 2010

O wytrwałości - i przeszkadzajkach

Naszło mnie ostatnio trochę - z racji tego, że znowu rzuciło mną gdzieś dalej - na czytanie książek. Tak się do tego złożyło, że pod ręką były nówki iPad i Kindle - obydwa urządzenia bardzo dobre, choć na inne sposoby (ale o tym później). Było też kilka książek z dziedziny zarządzania czasem, produktywności czy kreatywności.

Od jakiegoś już czasu zastanawiałem się - a raczej martwiłem - nad tym, jak obecnie wygląda moja praca. Tak naprawdę mam wrażenie, że spędzam w niej całkiem sporo czasu - a gdybyście mnie spytali, co robiłem danego dnia - nie będę umiał konkretnie odpowiedzieć. W sporej części polega to właśnie na tym, że ciągły strumień informacji atakuje nieprzerwanie - współpracownicy pytający o coś, kolejne maile, kolejne spotkania - z perspektywy czasu kiedyś z lekkim niedowierzaniem przyjmowałem informacje o jednej firmie, gdzie pracownik średnio połowę czasu spędzał na spotkaniach-a teraz sam mogę tego doświadczyć.

Nie jest to dobre, oj nie. Jesteśmy niestety jednowątkowymi zwierzętami - do tego przełączenie kontekstu trochę trwa. I choć znany jestem z tego, że do tej pory świetnie sobie radziłem z zakłóceniami z zewnątrz - jest mi z tym coraz gorzej (bo podobno im więcej uprawia się multitaskingu - tym gorszym się staje). Dlatego na liście wstępnych postanowień jest wprowadzenie czegoś w rodzaju techniki Pomodoro - czyli dwudziestopięciominutowych kawałków produktywnej pracy - przeplatanej pięciominutowymi przerwami na komunikację.

No właśnie - produktywnej. Oznacza to praktycznie wypięcie kabla telefonicznego i sieciowego (ok, u mnie jeden), wyciszenie komórki itp. i skupienie się na tylko jednej zaplanowanej na ten czas czynności. (Poniekąd coś, co Hugh Grant robił w "Był sobie chłopiec" - dzielił swój dzień na półgodzinne "jednostki", choć dla niego celem było bezproduktywne spędzanie czasu). Polegać to będzie również na odwyku od RSS-ów, emaili, GG i wszystkich innych wiadomości. Oczywiście - nie jest to do końca realne, ale trzeba zacząć.

Drugą rzeczą jest systematyczność - która u mnie zawsze kulała. O mojej systematyczności świadczą choćby wpisy na blogu - ostatni z marca. Tak naprawdę jedynymi rzeczami, do których względnie systematycznie byłem w stanie podejść były treningi, zwłaszcza biegowe (choć wstyd przyznać, w ostatnich miesiącach mocno zaniedbane). Ale pamiętam jak dobrze jako motywator działała przypięta do lodówki lista z wydrukowanym planem treningowym maratonu - z jednej strony marchewka (za każdym razem mogłeś skreślić zaliczony trening - i patrzeć jak ubywa) ; z drugiej kij (opuszczony trening kłuł w oczy i działał mobilizujaco). Pokazuje to trochę, jak ważna jest motywacja i posiadanie celu - znacznie łatwiej dojśc w jakieś miejsce, jeśli wiemy, że to tam ;)

sobota, 13 marca 2010

Rodzina na swoim

No i właśnie - rozglądam się za kredytem i patrzę na "RnS". Zastanawiam się kto to wymyślił - i komu to służy? Patrząc na zasady programu jest on chyba głównie adresowany do banków.

Kilka podstawowych przemyśleń:
  • Cena mieszkań ograniczona mocno od góry - w takim np. Krakowie wyłącza to z rynku dużą ilość inwestycji, ale o tym było już wiele razy.
  • Metraż: Rodzina na swoim ma chyba wspierać integrację - bo jak inaczej nazwać ograniczenie metrażu dla 100% dopłaty do 50 m2 (a jeszcze śmieszniej dla domów do 70m2). Przecież na 70m2 ciężko chyba nawet będzie projekt domu znaleźć - większośc domów małych to ok. 100 m2. A w przypadku rozpatrywanego przeze mnie domu o pow. ok 120 metrów - dopłata to już tylko 30% odsetek.
  • Idea dopłaty do odsetek - wynika z niej, że jednym państwo dopłaci więcej, innym mniej. Jeśli wezmę kredyt z ratą malejącą - dostanę dopłaty o kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy mniejsze. Właściwie całym systemem państwo głównie finansuje zysk banku a nie wspiera budownictwo.
Gdybym miał dopłatę kwotową, czułbym się pewniej (no ale jak tą dopłatę ustalić?).
Chyba skończy się jednak na kredycie walutowym - muszę jeszcze zbadać temat marży i tego co stanie się z kredytem złotówkowym przy wejściu do strefy EUR (ale jak mniemam ten kredyt będzie można w miarę bezpiecznie spłacić jakby co). Z drugiej strony mnie interesuje jak najszybsze tego kredytu spłacenie - o ile nie wydarzy się nic nieprzewidywalnego, w okolicach max. 10 lat.

Stawiając tak kryteria, wynika że interesować mnie będzie w kredycie:
  • Marża - wiadomo
  • Opłata za wcześniejszą spłatę (znaczy brak) - żeby móc trochę pomanewrować
  • Kwestie administracyjne (planuję budowę systemem gospodarczym, więc wolałbym, żeby bank ograniczył patrzenie na ręce i papierkową robotę do minimum).

środa, 13 stycznia 2010

Chopin ex machina



Świat informacji - i infografiki - nie przestaje mnie zadziwiać. Ledwo trzy dni po tym, jak NY Times wypuścił fascynujący mashup pokazujący najbardziej popularne w sieciowej wypożyczalni Netflix filmy - nałożone na Google Maps dla największych amerykańskich(o, tutaj) - można zaobserwować fascynujące zależności pomiędzy rasą, poziomem dochodów w dzielnicy itp. (brakuje tu trzeciego wymiaru czyli możliwości podpięcia danych z US Census Bureau). Ale wystarczy posortować filmy po Metascore z serwisu www.metacritic.com (czyli po uśrednionej ocenie krytyków) - i widać jak pięknie grupują się one wyspami - te "mądrzejsze" w lepszych, te mniej ambitne - w biedniejszych dzielnicach. Oczywiście tytuły uniwersalne - zwłaszcza kreskówki - wymykają się zestawieniu.

Drugą rzeczą jest badanie przeprowadzone przez brytyjskie Centre for History and Analysic of Recorded Music - jako że rok mamy szopenowski, panowie wzieli na tapetę zbiór nagrań mazurków - 'normalizując' tempo odtwarzania i analizując głośność, dźwięki itp. próbowali odszukać podobieństwa w wykonaniu utworów. Ogólnie na tych obrazkach kolor oznacza podobieństwo do innego utworu ze zbiorów (wyjątkiem jest czarny - to 'średnia' wszystkich wykonań).

Pierwszy obrazek - to Artur Rubinstein z 1939 roku - w pierwszej połowie widać jego indywidualny styl - jest najbardziej podobny do... samego siebie, trzydzieści lat później. Potem zbliża się już do uśrednionego wykonania. Tego właściwie spodziewali się badacze - zdarzyło się jednak parę rzeczy, które ich zaskoczyły - na przykład niejaka Joyce Hatto - która okazała się - w stylu wykonania - bardziej podobna do innego wykonawcy, niż dwa różnie remasterowane wykonania tego samego utworu. Fascynujące - zresztą zobaczcie sami - ewentualne różnice to właściwie błąd statystyczny.
A w ogóle to zapraszam do lektury - fascynująca, jak dla mnie. I do posłuchania - na dwoje uszu - jak brzmią te dwa wykonania.



piątek, 8 stycznia 2010

Jak to sie robi na Filipinach

Rzucilo mnie na Filipiny dwa razy w zeszlym roku - w sumie spędziłem tam prawie półtora miesiąca (zdecydowanie za dużo). A że jesienią pogody zbytnio nie było - pora deszczowa(która i tak wygląda jak nasze lato - tylko cieplejsze) i do tego parę tajfunów (które nieco utrudniały wydostanie się z Manili, człowiek szukał innych rozrywek.

No i w ramach bezcelowego zastanawiania się co tu zjeść i włóczenia po jednym z okolicznych malli, trafiłem na ogłoszenie o sponsorowanym przez Adidasa biegu na 5/10/21 km. Wcale niedaleko, zapisy w sklepie, no pięknie. Zapisałem się, zapłaciłem, dostałem stertę kuponów na Running Expo i inne takie. A, oczywiście wybrałem 10 km - 5 km to trochę niedosyt, 21 km - nie w tym upale; 10 km - w sam raz.
(tak na marginesie, w Manili dekoracje świąteczne wystawiają od września. Naprawdę. A wyprzedaż w galerii handlowej generuje tłumy takie, jak u nas tylko i wyłącznie atrakcyjna promocja w Media Markt).

Odbiór pakietów startowych był tydzień przed biegiem. I tu wielka kupa - okazało się, że stać trzeba prawie 2 godziny - nie było zbytniego tłumu, ale po prostu było to zorganizowane w totalnie nieporządny sposób. Nawet zawsze pogodni Filipińczycy wrzeszczeli "Who is in care of this operation! Stop giving us the shit!".... A swoją drogą - byłem jedynym chyba białasem w kolejce. W pakiecie - fajna koszulka adidasa (choć wolałbmy, żeby bardziej podkreślała miejsce biegu) i niewiele ponad to.

No i w końcu nastał dzień biegu. Wczesna pobudka - bo nie wspominałem, że biega się tu wcześnie. Start o 6 rano (lub o 5:30 dla półmaratonu ) - trudno uwierzyć, ale tak jest. Pół godziny w taksówce i na 5:20 byłem na miejscu - razem z tłumem ludzi. Podobno w sumie zebrało się jakieś 8 tysięcy osób- całkiem sporo.

Na pierwszy ogień poszli ludzie z połówki i my - dyszkowcy - weszliśmy na miejsca startowe. Trochę zmartwił mnie brak chipów, ale czego się spodziewać przy tym tłumie ludzi. Jeszcze jakieś podrygi w kolejce i...START!

Początek z górki, jeszcze w lekkim półmroku i jeszcze przyjemnie; pierwszy bufet z czirliderkami po 2 km. No i chwilę później robi się już ciepło - biegnę, biegnę, trzymam jakieś 4:15/km, przebiegamy nad EDSA (to główna autostrada miejska) i dalej w dzielnicę finansowa. No i nawrotka na 5 km - a tutaj wręczają kolorowe pętelki ze sznurka do pokazania na mecie.

I teraz powrót - coraz ciężej, bo słońce już w pełni grzeje. Gdzieś na 8 kilometrze kryzys - podbieg i ponadtrzydziestostopniowy upał każą zwolnić do truchtu i marszu (choć mnóstwo osób już idzie), na zbiegu jednak odżywam. Na bufetach ratuję się wodą i tym, że jest z góry jeszcze - aczkolwiek końcówka będzie pod lekką górkę. No ale wreszcie finisz - 49:30 (realnie z minutę mniej, może więcej - biorąc przed uwagę brak timingu i przepychanki na starcie), zakwasy jak 150. A, oczywiście trzeba pokazać wstążeczkę i dostać krechę na numerze startowym (odebranie każdej rzeczy czy wejście do sektora skutkowało bazgraniem krechy na numerze).

Dyplomy, co ciekawe niespersonalizowane, rozdawane jak leci (za wspomnianą krechę).

Ogólnie - inaczej niż u nas. Być może ktoś z Zachodu miałby podobne wrażenia z biegu w Polsce; nie udało mi się niestety zaliczyć żadnego biegu w Stanach dla porównania. A sama impreza chyba bardziej jako festyn powinna być rozpatrywana, niż zawody - i wtedy świetnie się moim zdaniem sprawdza.

A - ten bajzel po rejestracji podobno nie jest typowy dla Filipin (mimo tego, że goście uwielbiają procedury i papierkową robotę); normalnie leci to sprawnie.

czwartek, 31 grudnia 2009

Cholera!

zapomniałem z tego wszystkiego dodać, że to był dobry rok - wszystko poszło do przodu jakoś tak, wprawdzie Permamentny Wkurw (TM) zawsze patrzył przez ramię - ale jak siadłem do spisywania to średnio jest się do czego przyczepić.

A z tych 12 dni w górach połowa to samotna jazda. I nie wiem, czy życzyć sobie tego więcej, czy mniej - ale taka jazda samemu, po szlakach gdzie pieszego mija się raz na godzinę czasami ma w sobie coś transcendentego. Czego sobie i wam życzę.

No i najważniejsze - trzymamy kciuki za budowę domu w 2010 - syn jest, drzewo jest (choć parę się w tym roku ścięło - czy to się kasuje?), maraton jest, dziewica jest - tylko dom został na liście.

A w ogóle to...

..trza by podsumować trochę sportowo 2009 rok.
  1. Satysfakcja roku - pierwszy maraton (4:06:56). Satysfakcja tak duża, jak wysiłek z przygotowania. Trzygodzinne biegi po śniegu nie są za przyjemne
  2. Wyrypa roku - pierwszy maraton ex aequo z wrześniową wycieczką w Gorce - spadnięcie na złą stronę doliny dodałoby jakieś 45 km drogą - dodało 15 km po górach. A maraton? Cóż - zaczyna się po trzydziestym kilometrze; każdy kto mówi inaczej - ma w ryja.
  3. Trasa roku - chyba Jałowiec i okolice; 40 km, syte zjazdy, cała trasa w siodle i raptem 1.5h jazdy od Krakowa. Do tego satysfakcja, że w przeciwieństwie do jazdy 5 lat temu Halę Trzebuńską podjechałem w całości.
  4. Sukces roku - 12 dni w górach rowerem, 10 na nartach, 8 pieszo. Zwłaszcza sumując piesze kilometry - pewnie ponad 100 km z Mikołajem na plecach
  5. Kuriozum roku - dycha przebiegnięta na Filipinach. Start - 6 rano; o 6:30 już 30 stopni w cieniu - nie myślałem, że 10 km może byc tak ciężkie.
  6. Ciasto roku (sportowo, a jak!) - szarlotka z Leskowca; borówkowe z Chatki na Obidzy.
  7. Fail roku - złamanie ramy w lipcu i cały sierpień bez roweru. Kudosy dla Kuby Sikorskiego za reanimację pająka.
  8. Pasmo roku - Leskowiec. Co jest w tym kawałku takiego, że byłem tam w tym roku 4 razy? Chyba to, że można wjechać bezpośrednio na przełęcz, trasa jest przyjemna i do tego całe 70 km z domu.
  9. Widok roku - chyba ten z Przeł. Rozdziela - aż po Babią Górę, z owcami i skałami Białej Wody na pierwszym planie. Jeden z najładniejszych w górach.
  10. Plany na 2010: Maraton poniżej 4:00 (optymalnie poniżej 3:50), połówka poniżej 1:40,15 dni w górach rowerem, a pieszo - zobaczy się.

Menu na dziś czyli z pamiętnika sybaryty.

Sylwester, więc można się nieco bardziej niż zwykle postarać. Nie ma iść gdzie, ani z kim - więc budżet imprezowy poszedł na przyjemności - w związku z czym w menu na dziś:

1. Krewetki scampi z czosnkową bagietką,
2. Polędwiczki wieprzowe pieczone w musztardowym chruście z pommes duchesse (chyba że jakieś inne ziemniaki przyjdą mi do głowy)
3. Suflet czekoladowy z serem pleśniowym.

Do tego Oveja Negra Chardonnay, coś czerwonego (jeszcze nieustalone), a na deser Hennessy VSOP i świeżo mielona La Brasiliana Oro Rosso (jak na 55% robusty wyśmienita - jakby się piło płynną czekoladę). I tylko smutne, że nieudany strzał z ekspresu jest na poziomie tego, co podają w Coffee Heaven itp. - a udany - o dwie klasy lepszy. Do tego sery i inne pogryzki

A w barze rumowo za sprawą 15-letniego Tanduay Superior. Słońce Manili, po prostu - do tego za obraźliwie wręcz marne pieniądze.

No, wystarczy tego dobrego - czas robić mise en place.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Armaty zamiast masła

Wczoraj mnie dopadło. Pilnuję zwykle tego co kupuję - patrzę na etykietkę - czy to aby na pewno masło, sprawdzam, sztorcuję żonę. Ale wczoraj i tak się naciąłem. Wieczorna jajecznica więc topimy masło - i co? I smród margaryny (no nie da się tego pomylić jeśli macie węch).

Na etykietce jak byk "Masło extra", 82% tłuszczu - a jednak powinno się to nazywać I can't believe this is butter! Dla informacji producent - jakaś tam firma z Warlubia.

sobota, 28 listopada 2009

Jeśli chcecie wizualizację...

NYT coś wymyśli. Tym razem dziękczynienie, a na tapecie serwisy kulinarne. Odrobina magii, i można zobaczyć, że Midwest zajada się ciastem z pekanami - a wschodnie i zachodnie wybrzeża wolą szarlotkę; widać też że wszelkiego typu potrawy z kukurydzy jakoś znacznie popularniejsze są na terenach bylej Konfederacji.

Bardzo chcialbym zobaczyć coś takiego dla Polski - nagle okazaloby się, że śledź po kaszubsku uwielbiany jest na Śląsku, kluski śląskie w Wielkopolsce, a milośnicy paprykarza szczecińskiego mieszkają w Bieszczadach (no to ostatnie nie wymaga data miningu - paprykarz trąci desperacją i jakoś tak kojarzy mi się z ucieczką na koniec Polski czy też chowaniem się przed miśkami na poloninie).

wtorek, 3 lutego 2009

Inwigilacja...

tym razem z przymrużeniem oka (ale na poważnie - też będzie).

Zawsze fascynowały mnie różnego rodzaju wizualizacje - lotów FedExu,

A ostatnio - Superbowl. Futbol amerykański w Polsce jest niedoceniany - a szkoda; warto zobaczyć np. wygrywające zagranie Santonio Holmesa (na 40 sek. przed końcem gry złapał piłkę i rymnął jak długi - specjalnie właśnie jak długi, bo żeby podanie było ważne trzeba dotykać ziemi obydwoma stopami - jemu się to udało). Długo by pisać o sporcie - ale zdecydowanie nie jest prymitywny (a do tego idą za nim największe pieniądze).

W Stanach Superbowl to jedno z 2 największych wydarzeń roku (choć mam wrażenie, że NCAA March Madness czyli finały koszykówki uniwersyteckiej mogą być jednak popularniejsze - przynajmniej patrząc na wszechobecne "drabinki" z rozstawieniami). Zresztą z moich doświadczeń z Teksasu wynik niedzielnego meczu Cowboys był chyba głównym tematem watercooler talk. Podobnie z reklamami - w tym roku wprawdzie marne (z wyjątkiem PETA, która jednak nie została wyemitowana ze względów, khem, moralnych*), ale przeważnie mówi się o nich tyle, co o samym meczu.

Ale ad rem. NY Times skorzystał z danych Twittera i zebrał opisy ludzi z całych Stanów podczas meczu, a potem.. zmajstrował z nich wizualizację. Można zobaczyć które miasta komu kibicują, jak zmieniają się nastroje czy wreszcie które reklamy były emitowane - i jaka była na nie reakcja. Dla mnie bomba - warto np. zobaczyć jak nazwisko Larry'ego Fitzgeralda - skrzydłowego ptaszków i jednej z ich największych gwiazd - zdominowało twittery w momencie, kiedy zdobywał najpierw jedno, a potem drugie przyłożenie. Zastanawiam się tylko, która reklama dostała chóralne 'LMAO'?

http://www.nytimes.com/interactive/2009/02/02/sports/20090202_superbowl_twitter.html

*) Nie rozumiem, o co chodzi. Przechodzą reklamy Victoria's Secret - ale nie podobnie ubranych pań, które zmysłowo pocierają się brokułem bądź oblizują dynię. Wegetarianie są zdecydowanie dyskryminowani - wg mnie reklama mniam :)

niedziela, 21 grudnia 2008

PiSlogika

Polityka mnie przewaznie nie interesuje, ale czasem az cos wrzuce, kiedy jeden z drugim tuman cos napisze:

PiS: Przez światła giną piesi
Koronny argument polityków PiS brzmi: obowiązkowa jazda na światłach nie poprawiła bezpieczeństwa na drogach. Posłowie powołują się na dane Stowarzyszenia Rzeczoznawców Techniki Samochodowej i Ruchu Drogowego. Wynika z nich, że w zeszłym roku, mimo obowiązku jazdy na światłach przez cały czas, wydarzyło się o ponad 2,5 tys. wypadków więcej niż w 2006 r. Więcej też było ofiar. Dwa lata temu na drogach zginęły 5243 osoby, a rok temu - 5583 osób.
- Są informacje, że wiele osób zostało potrąconych na przejściach dla pieszych, ponieważ kierowców oślepiało światło pojazdu jadącego z przeciwka i nie widzieli pieszych - mówi posłanka PiS Gabriela Masłowska, jedna z inicjatorek zlikwidowania obowiązku używania świateł także latem.


Jakim cudem można oślepić kierowcę jadącego z naprzeciwka W DZIEŃ? Bo światłami mijania nieszczególnie. Najprędzej to chyba puścić gościowi zajączka w oczy. Wg pisologiki powinniśmy zabronić jazdy na światłach w nocy - bo w dzień światłami chyba mnie jeszcze nikt nie oślepił - a w nocy, i owszem.

czwartek, 4 grudnia 2008

Ukochany kraj

Lepiej mi było za granicę nie jeździć - a przynajmniej nic tam nie kupować. Wychodzi na to, że najlepszym sprzedawcą będzie ten z Allegro, bo renomowane sklepy pasjami lecą w kulki.

A w skrócie - z braku czasu wymieniłem trochę wylatanych mil na bony do Merlina. A że zebrało się pare rzeczy dla żony, Małego no i mnie - a do tego Mikołaj za pasem, urodziny i te sprawy zebrało się trochę. No to zamawiamy - darmowa wysyłka od 150 zł, ja w koszyku mam rzeczy za ponad 200 zł. Wydaje się proste? A, nie. Bo oto strona koszyka wita mnie radosnym:

Towary, które wybrałeś znajdują się w różnych magazynach, dlatego rozdzieliliśmy je na osobne zamówienia. Szczegóły

Dodaje przy tym, że w związku z tym zamiast zero złotych, wysyłka wyjdzie złotych..piętnaście. bo akurat jedno zamówienie łapie się na 50% zniżki - a drugie jest pełnopłatne.

Halo, halo - drodzy Państwo z Merlina! Klienta nie obchodzi (bo i nie powinno) czy swoje magazyny macie w Mozambiku, czy też pięć metrów od siebie. Nie interesuje mnie, że w innym magazynie są zabawki, w innym elektronika, a w jeszcze innym książki. Proszę mi pokazać inny sklep (ok, w Polsce wszystko jest możliwe), który stosuje taki model dostawy.

Z drugiej strony - mogło być gorzej. Mam w koszyku 6 przedmiotów - każą mi płacić tylko dwa razy - a mogliby rozdzielić na cztery magazyny i kazać sobie dziękować, że nie na sześć. No cóż, gdyby nie absurdalne koszty wysyłki do Polski, pewnie nie byłoby kompletnie żadnych przesłanek korzystania z badziewnych polskich sklepów. Do tego zachodni wydawcy wydają w jednym tomie - a nie rozdzielają polskiego wydania na trzy. No i, last but not least, nie muszę się wkurzać na tłumacza.

wtorek, 18 listopada 2008

Z cyklu "Tego nie wiedziałem rano"

Jak rozpoznać masona, wie każdy. Ale jak rozpoznać Australijczyka? Po tym, że obowiązkowo w hamburgerze musi mieć plasterek... buraka (sic!).

Swoją drogą Colossal Colon Clogger to rewelacyjna nazwa dla poczwórnego ćwierćfunciaka.

Więcej tutaj i tutaj